535 Obserwatorzy
12 Obserwuję
wyrywane

kolejny nudny blog o książkach

Dajcie mi człowieka! Niech będzie, jak ja, mętny, niedojrzały
Nieukończony, ciemny i niejasny

beginner, easy, advanced, hard

"Salto" Konwickiego

"Mało panu miłości? Pan cuchnie płcią."

"Pisałeś kiedyś o mnie i mówiłeś, że ja to kreska i kontur. Ze strachu, mój drogi, ze strachu. Ze strachu zawsze chciałem się obrysować, ograniczyć, nie dopuścić."

 

 

Sławomir Mrożek, "Dziennik 1962-1969", Wydawnictwo Literackie

"Bo przecież Jezus był Polakiem"

Świetny wywiad Doroty Wodeckiej ze Stasiukiem. 

Kto ma Piano, niech czyta.

 

 

 

"Płakał pan, gdy przyjechał do Bełżca pierwszy raz? 


- Mógłbym płakać nad pojedynczym losem, ale nie nad 500 tys. ludzi zmielonych młynkami do zboża. To wszystko jest tak przeraźliwe, że przekracza możliwość odczuwania. Kiedy myślę o dźwigach wyrywających zgniłe mięso z dołów, to w pewien sposób odczuwam fascynację tą amatorką, nieporadnością, tą fizyką Zagłady odartą z majestatu śmierci i człowieczeństwa.

W jakiejś ukraińskiej gwarze Bełżec znaczy ''ciemna dolina'', ''ciemny parów''.

Jak w psalmie: ''A choćbym zeszedł w ciemną dolinę śmierci, nie będę lękać się złego, bo Ty jesteś ze mną''. Myśli pan o ich strachu? 

- Nie jestem w stanie wyobrażać sobie każdego z osobna. Ich płaczu, strachu, krzyku. Ci, którzy tu przyjeżdżali, nie mieli imion, nie mieli nazwisk, nie zachowały się po nich żadne dokumenty. Jest tak, jak pisałem: ''Topielec wyjdzie z wody, wisielec zejdzie ze sznura, pogrzebany się wygrzebie, a po spalonym nic. Jakby go nie było''.

(...)

Źródło materiału: http://wyborcza.pl/magazyn/1,126715,14379175,Bo_przeciez_Jezus_byl_Polakiem.html

"Hallo Kitty w prosektorium" Michał Witkowski

Przez "Lubiewo" nie przebrnęłam.

"Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" czeka.

 

Za to: "Drwal"!

Dialogi, zdania, przedmioty, ludzie, sytuacje - wspaniałe to jest. 

Czekam, czekam, czekam (i tu już totalna emfaza) na dalszy ciąg. Zwłaszcza po ostatnim felietonie w "Polityce".

 

 

 "[...] Wbrew stereotypom, policjanci, których poznałem, są inteligentni, kulturalni i oczytani (co prawda głównie w Tolkienie i w ogóle – w fantasy). Żywią się więc historiami o czarach, gnomach, wampirach, czarodziejach i merlinach, a zagryzają „kapekiem” (Kodeks postępowania karnego), w którym można natrafić na takie na przykład kwiatki: „Tytułem środka zapobiegawczego można nakazać oskarżonemu o przestępstwo popełnione z użyciem przemocy na szkodę osoby wspólnie zamieszkującej opuszczenie lokalu mieszkalnego zajmowanego wspólnie z pokrzywdzonym, jeżeli zachodzi uzasadniona obawa, że oskarżony...” itd., itd. Wydrukowałem sobie ten kapek, bo wszyscy wokoło mi mówili, że MUSZĘ GO MIEĆ. Poszło na to dużo papieru. Teraz służy mi głównie do zabijania komarów, których w tym roku we Wrocławiu jest bardzo dużo. Służy mi też do wróżenia sobie, tak jak niektórzy robią to, otwierając na chybił trafił „Myśli” Pascala. Ileż godzin można analizować pytyjskie wręcz niejasności takiej choćby wróżby: „Protokolant i stenograf ulegają wyłączeniu z tych samych powodów co sędzia”!


Ależ ja czekam!

Źródło materiału: http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/felietony/1550387,1,kawiarnia-literacka.read

"5 najbardziej przecenianych pisarzy polskich XXI wieku"

Onet zrobił mi dzień. 

Tulli nie znam. 

Rusinek bardziej ceniony, niż przeceniony, i ceniony chyba nie tak bardzo za swoją twórczość, a za to jaką funkcję niedawno jeszcze pełnił. I za: "Witam". 

 

Ale że Masłowska? Witkowski? Dehnel? 

Najlepsze: "Mimo młodego wieku Dehnel zajmuje konserwatywne stanowisko, naśladując przestarzałe, modernistyczne wzorce, i bez żenady projektując swoje powieści pod kątem wymagań dominującej na literackim rynku grupy docelowej – kobiet w średnim i starszym wieku."

i:

"Dehnel wygrywa nietypowym wizerunkiem i komercyjnym wyczuciem potrzeb czytelnika, czym sytuuje się na pozycji rodzimej, literackiej Lady Gagi."

 

trololololololooooo.

Źródło materiału: http://kultura.onet.pl/fotogalerie/5-najbardziej-przecenianych-pisarzy-polskich-xxi-w,5563404,14758053,galeria-maly.html#photo14758053

"The Hours" Michael Cunningham

"I wanted to write about it all, everything that happens in a moment. Way the flowers looked when you carried them in your arms. This towel, how it smells, how it feels, this thread, all our feelings, yours and mine. The history of it. Who we once were, everything in the world, everything all mixed up. Like it's all mixed up now. And I failed. I failed... no matter what you start with, it ends up being so much less... terrifying pride, stupidity. Oh, we wanted everything, don't we?"



"Oh, Mrs. Dalloway… always giving parties to cover the silence."



"I remember one morning getting up at dawn, there was such a sense of possibility. You know, that feeling? And I remember thinking to myself: So, this is the beginning of happiness. This is where it starts. And of course there will always be more. It never occurred to me it wasn't the beginning. It was happiness. It was the moment. Right then."




"Dear Leonard. To look life in the face. Always to look life in the face and to know it for what it is. At last to know it. To love it for what it is, and then, to put it away. Leonard. Always the years between us. Always the years. Always the love. Always the hours."

"O żadnej wielkości nie może być mowy"

"(...) Jednak największym idolem Osieckiej był wtedy Słonimski. Fascynował ją angielski styl pana Antoniego, jego sposób bycia, oscylujący między żartem a powagą, natura Sokratesa, który błyskotliwie rozprawiając o polityce, literaturze, historii udzielał wskazówek moralnych i formułował proste życiowe prawdy, jak choćby tę, że są tylko dwie kategorie ludzi - porządni i świnie. Dla tych ostatnich potrafił być przerażająco bezlitosny. Gdy na oczach stolika znany dyspozycyjny krytyk zwrócił się do Słonimskiego: "Pan musi mnie chyba uważać za wielką świnię", Słonimski odparował: "O żadnej wielkości nie może być mowy".



Źródło materiału: http://wyborcza.pl/1,75402,10054997,Przy_stoliku_w_Czytelniku___cz__II.html?as=2#ixzz2ZtoaMN4W

“A jeśli płaczesz, pójdą za tropem łez, a jeśli krwawisz, pójdą po smużce krwi, żeby cieszyć się swoim współczuciem. Będą badać puls na udzie i piersi, i patrzeć prosto w oczy do znudzenia. I chciałbym cię ukryć w ciemnej masie prozy, bo przecież nie w szczupłym wierszu, z tym białym marginesem bezpieczeństwa, który pozostawia tyle miejsca na plotki i donosy: ktoś liczy kroki, ktoś interpretuje, ktoś kreską zaznacza miejsce zbrodni i dopisuje ołówkiem: Leta – w mitologii: rzeka zapomnienia”.

 

 

Andrzej Sosnowski, XLV (Nouvelles Impressions D’Amerique)

Oniemiałam. Co te usta wyrabiają! Bezdech, bezdech.

Z cyklu: kompost umysłowy. To nie jest sexy kochana.

To, że to przeczytałam może oznaczać jedno: nie mam co robić w Internecie. 

 

Wiem już, że polonistki chodzą w śmierdzących swetrach (google tego też nie rozumie). Dobrze, że z żadną się nie przyjaźnię, śmierdzące swetry to jednak musi być szalenie przykra sprawa.

Poznałam również paru pisarzy, o których egzystencji pojęcia nie miałam. Taka moda, za dużo piszących, za mało czytających.

 

Ale! Ale! Największe smaczki to błyskotliwe komentarze autorki "artykułu".

 

Ktoś w komentarzu pisze o Pilchu.

autorka: widziałaś kiedyś Pilcha na żywo? to nie jest sexy kochana.

 

 

Ręce zwiędły.

Kolejne gimbazjalne myślenie, że sex appeal to wyłącznie wygląd. Otóż nie. Często gęsto działa to na odwrót.

Trochę nie rozumiem, dlaczego artykuły o tak żenującym poziomie pojawiają się na portalu, który chyba ma jakąś misję, typu: kreowanie i wymiana poglądów. 

W tym wypadku nie rozumiem co ma wynikać z tego pudelkowego wywodu. Seksowny, napisał książkę, i? 

Żeby chociaż walory cielesne były dobrze omówione. A tu tylko o książkach, a bardziej o tytułach. Nuda.

 

Ja, za Hawkingiem, czekam na eksplorowanie kosmosu.

Źródło materiału: http://martamarciniak.natemat.pl/67603,top-10-najseksowniejszych-pisarek-i-pisarzy

Bim, Bam, Bom, Mogę Wszystko! Historia Bogusława Meca. Maciej Wasielewski

Początek irytuje, jeśli nie jest się zagorzałym wielbicielem muzyka. Jeśli zna się tylko jeden jego utwór. Bo pomimo, że okładka rzecze: "Ta książka nie jest opowieścią o estradzie, o piosenkach i piosenkarzach (...)", to początek właśnie taki jest. 

 

To się zmienia, kiedy zaczyna się wątek (wątek?) choroby. Początek książki staje się uzasadniony. Widać dysonans: Mec przed chorobą - bezwzględny, bezkompromisowy, niezależny; i Mec po chorobie - czas, kiedy jest najbliżej z żoną, Jolą. Gesty, słowa, tkliwości, załamania. Bliskości.

 

Nie zabrakło bon motów.

Mec nigdy nie śpiewał prywatnie. Śpiew tylko za pieniądze. 

"Jola zapamiętała przyjęcie w Łodzi, ludzie spoza środowiska. Jakiś miły facet podszedł do nich i poprosił: 'Panie Bogusławie, niech pan nam zaśpiewa'.

'A co pan robi na co dzień?' - odburknął Bogusław.

'Jestem krawcem'.

'To niech mi pan teraz pierdolnie garniturek'."

 

 

"Być może czuł do nich to co Adolf Dymsza, którego jakiś pismak zapytał w Zakopanem, po co mu tak krótkie narty. Niósł je dla wnuka, ale odparł: 'Bo ja tylko na kilka dni'."

 

 

Końcówka tej biografii, poruszająco opisane odchodzenie, świadomość nadchodzącej śmierci, potwierdza - to nie jest książka o estradzie, piosenkach i piosenkarzach. Notka wydawnicza się zgadza. Nie zapuściłam się w maliny.

 

---

Bim. Bam, Bom, Mogę Wszystko! Historia Bogusława Meca. Maciej Wasielewski, Wydawnictwo Agora SA, Bellona SA

Obcy. Albert Camus

"Między siennikiem a deską łóżka znalazłem stary kawałek gazety, niemal przyklejony do materiału, pożółkły i przetarty. Przynosił wiadomość o zdarzeniu, którego początku brakowało, a które miało miejsce w Czechosłowacji. 
Z czeskiej wioski wyjechał jakiś człowiek, żeby zrobić majątek. Po upływie 25 lat już bogaty, powrócił z żoną i dzieckiem. Jego matka wraz z siostrą prowadziły zajazd w rodzinnej wsi. Żeby im sprawić niespodziankę, zostawił żonę i dziecko w innej gospodzie, a sam udał się do matki, która, gdy wszedł, nie poznała go. Dla żartu wpadł na pomysł wynajęcia pokoju. Pokazał swoje pieniądze. W nocy matka i siostra zamordowały go siekierą, okradły, a ciało wrzuciły do rzeki. Rano przyszła żona i, nie wiedząc o niczym, wyjaśniła kim był podróżny. Matka powiesiła się. Siostra rzuciła do studni. Mogłem tysiące razy czytać tę opowieść. Z jednej strony była nieprawdopodobna. Z drugiej zrozumiała. W każdym razie uznałem, że podróżny był trochę winien i że nigdy nie trzeba udawać".

Taniec na błędach ubezdźwięcznionych

Uspokój się, Białoszewski,

byłeś dziś pierwszy szczęśliwy

 

(humor jak rumor

                           spadł! o

 

                              spokój

                           niepokój),

 

nie jesteś pierwszy nieszczęśliwy,

przed tobą, w czasie, po tobie

 

                miliony

            małpiliony

 

        takich

przeróż sobie

 

na inne, wyjdź z małpilionów...

 

 

 

 

/Miron Białoszewski/

Marcin Świetlicki
Marcin Świetlicki

"Ja, najwybitniejszy żyjący pisarz polski"

Szanowny Panie Pisarzu,

 

Dobrze się ta znajomość zaczęła. Soczyście. Z dużym potencjałem.
"Męka kartoflana" - majak seksualny z Niemką, Uschi, sąsiedzi walący w kaloryfer, Panstanisław, wózek inwalidzki u fryzjera, et cetera, et cetera.
I to już był ten moment, kiedy mogłam stanąć i powiedzieć: o to ja, czytelniczka Pańska...Ale! Ale! Ale! Pomyślałam: tak się na tacy, jak jakaś trzęsąca galareta z nóżek, podawać nie będę! W końcu dłuższe czekanie, lepsze śniadanie. Czy nie? Czy tak. Tak. Więc dalej: "Śmierć czeskiego psa". Jazda w dół. Ja nieuniesiona, nieporuszona. Libido w mózgu struchlało.

Szala goryczy przelała się przy "Chodźcie, idziemy". Cóż to Pan napłodził? Cóż to za płodostan? Czytałam, czytałam i czytałam. I po ostatniej stronie wracałam w deszczu, omijając slalomem wypełzające ślimaki. I tak mi się skojarzyły z tą książką. Że one tak cisną po tym betonie na tym śluzie, który jest ich napędową siłą życia; ślamazarne, irytujące, takie nie wiadomo-po-co, tak na siłę stworzone, wepchnięte w łańcuch pokarmowy zupełnie nieprzemyślanie. 

Zamykając książkę trochę żal mi się drzew zrobiło. Bo to jednak trochę ich kosztem się stało. Taka wyrwa w naturze. Dlatego też w ramach empatii i skruchy, w imieniu ludzkości (a głownie w Pana imieniu), wybiorę się do lasu i posadzę parę drzew. Przy okazji odpoczywając od Pana.

A to libido zaplątane w neuronach? Hah, celibat! 

 

Proszę się jednak mną zbytnio nie przejmować. Jeszcze sobie przypomnę o Panu. Może właśnie wtedy, kiedy będzie Pan już najwybitniejszym żyjącym pisarzem polskim, bo na razie...

Wielkieś mi Pan uczynił pustki.

Mrzonki, mrożonki! 

 

 

 

ps. Oprócz drzew, to doszło tu również do nieposzanowania moich dioptrii. A ich w oku posadzić sobie nie mogę.